Miałam już tego dość.Od tygodnia zniknęłam już dwa razy. Niby na godzinkę. Przerażało mnie to. Za każdym razem wracałam jakby czymś nafaszerowana.Wszystko mnie bolało, w szkole nie chciało mi się myśleć. Niby codziennie mnie zawozili do szkoły,Franek albo Agnieszka mnie odprowadzali,ale i tak znikałam. Z tego względu,że była sobota,postanowiłam zrobić wszystkim śniadanie. Była chyba siódma rano,kiedy wyszłam po bułki. Kiedy otworzyłam drzwi i wyszłam,prawie zemdlałam. Na środku podwórza leżało ciało. Raczej zwłoki Majora. Dookoła wszędzie jego krew. I ten smród. Wszędzie. Krzyk,który uwolnił się ze mnie,rozdarł mi prawie gardło. Nie widziałam,jak przybiegł Brat. Wziął mnie w ramiona i zaprowadził do domu,a sam zajął się pochówkiem. Ze śniadania nici.Zamknęłam się w pokoju i seans.Nawet na to nie miałam ochoty.
Około południa przyszła mama. Nie mówię,że mam z nią dobrych relacji. Po prostu się nie rozumiemy. Potrafię zamienić kilka słów,ale to wszystko. Wrócę wiec do niej. Przyszła powiedzieć,że jej przykro. Fajnie.Zginął mój największy przyjaciel. Nawet nie wiem jaką śmiercią i w jakich okolicznościach.
Dzień nie wiem jak mi minął nic nie pamiętam. Przeczuwałam jednak,że ma się pojawić ktoś,kto mnie zmieni.
Nagle zadzwonił telefon. Zobaczyłam tylko,że to Fran. Odłożyłam słuchawkę,ubrałam się i wyszłam na korytarz.
Rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłam je, a w progu stała niska kobieta o długich,czarnych włosach.Czekała na mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz